Jak nie przytyć w ciąży? Moje sposoby.

22 stycznia 2018

Tytuł tego wpisu jest bardzo przewrotny. Właściwie to skrót myślowy. No bo przecież nie przytyć w ciąży się po prostu nie da, a nawet przytyć trzeba! Można natomiast nie przytyć za dużo lub po prostu przytyć zdrowo. Dla siebie i dla dziecka. I to jest temat, w którym rzeczywiście mam jakieś doświadczenie i z chęcią się moją historią podzielę, odpowiadając tym samym na lawinę pytań o to, jak ja to zrobiłam, że przytyłam 3 razy mniej niż w pierwszej ciąży. Bo przytyć przytyłam (no i to jeszcze nie koniec ciąży). Mam pięknie opuchniętą twarz (serio to widać, nie wymyślam), pasują na mnie tylko 2 staniki, które do tej pory wypychałam skarpetami Maćka, a moje majtki zaczynają płakać, kiedy próbuję je wcisnąć na zdrowo zaokrąglony odwłok. Moja mama przytyła 4 czy tam 6 kg. Już nie pamiętam ile dokładnie, ale ona jest zdecydowanie hardkorem. Ja jestem przy niej… córką hardkora :) Ale wyczyn jest, bo skoro w pierwszej ciąży przytyłam 30 kg, a w drugiej dopiero 9 (jestem w 8 miesiącu), to nie można powiedzieć „a daj spokój, tak wyszło”… bo wiem, że parę rzeczy zmieniłam. I wiem, też że ta różnica nie jest zasługą szczęścia głupiego, a jeśli wprowadzisz te zmiany do swojego, ciążowego stylu życia, na pewno Ci pomogą.

Zacznijmy może od tego, że należę do grupy szczęśliwców, którzy mają zajewielkie skłonności do tycia. Moja waga płacze nad moją głupotą już po 3 dniach „małych grzeszków”. I to grzeszków w stylu białego pieczywa zamiast ciemnego, a nie sernika z bitą śmietaną! Sernik z bitą śmietaną przekłada się na moją wagę wprost proporcjonalnie do wagi porcji… czasem się zastanawiam, czy nie wchłaniam jeszcze w tajemniczy sposób wagi talerzyka i łyżeczki. Wcale bym się nie zdziwiła. Kalorie żywią do mnie zdecydowaną miłość. Niestety bez wzajemności, ale to im przez całe życie, jakoś nie przeszkadza. Zdecydowanie platoniczny ten nasz związek, a już w ciąży stwierdzam, że podchodził nawet pod molestowanie! Na szczęście tym razem, zdążyłam się zabrać za siebie jeszcze przed zajściem w ciążę. Odstawiłam pszenicę i ograniczyłam nabiał do jednego konkretnego przypadku, o którym rozpiszę się trochę więcej za chwilę. Zrozumiałam w końcu jak ważne jest regularne jedzenie (ja od nieregularnych posiłków paradoksalnie tyłam najbardziej) i nawadnianie organizmu. Zaczęłam biegać i ćwiczyć i już zaczynało być pięknie, a tu BACH! Ciąża! I wszystko strzelił pieron… haaa :) Dobra no, już bez żartów. Nie ma chyba osoby na tej planecie, do której nie dotarłaby historia naszych 3-letnich starań, także wiem, że nikogo już nie wkręcę :) No, ale pomimo tego, że ciąża wyczekiwana i wypłakana po nocach, to jednak nie zrobiłam już kroku wstecz i nie wróciłam do moich przyzwyczajeń z czasów ciąży z Matim. Zmieniłam chyba wszystko :)

Moim głównym pożywieniem w pierwszej ciąży były lody, truskawki z chemiczną bitą śmietaną, bób (to akurat całkiem spoko jeśli chodzi o kwestie odżywcze, natomiast zdecydowanie NIE SPOKO jeśli chodzi o walory… GAZOWE… biedny Maciek) i białe bułki, na które mam wielkiego smaka też teraz, ale dla chcącego nic trudnego… no może ten „chcący” w ciąży ma trochę bardziej pod górkę (szczególnie jeśli mąż „chcącego” zajada się bezczelnie cziparami, zapieksami i pizzą o 22, siedząc tuż obok) i zdecydowanie często bywa ciężko, ale dzięki temu, że zmieniłam bazę, mogę sobie pozwalać co jakiś czas na małe grzeszki w postaci buły z masełem czy innych kukurydzianych świństewek z glutaminianem sodu (3 paczki chrupek przez całą ciążę to chyba jeszcze nie tragedia prawda?) :) Ale piszę Ci o tym też po to, żebyś się nie załamywała takimi gorszymi dniami. Ważna jest BAZA. Wiem co mówię. Ja pewnie przytyłabym mniej, gdyby nie 2 tygodnie grudnia, w których wszystko pieprzło. Siedziałam od rana do nocy przed komputerem, jedząc byle co, o byle jakiej godzinie. Wycieńczenie nocnymi posiadówkami przed monitorem dało o sobie znać w postaci ciągłej ochoty na czekoladę i cukier. Waga leciała mi do góry jak szalona. Widziałam to z dnia na dzień. Już zaczynałam się bać, że po prostu moja tendencja do tycia w ciąży uaktywniła się tym razem później, ale okazało się, że waga stanęła, kiedy tylko wróciłam do zdrowych nawyków. Także serio… nie biorąc pod uwagę różnych schorzeń, uczciwie przyznaję, że to ile tyjemy w ciąży, zależy głownie od nas. Ja jestem tego przykładem.

Ok. To co się takiego konkretnego zmieniło w moim odżywianiu? Ano proszę bardzo:

OWOCE W CIĄŻY

Mój błąd w pierwszej ciąży polegał na tym, że owoce stawiałam na równi z warzywami i zajadałam się przez calutką ciążę bananami i nektarynkami… W NOCY! Totalnie nieświadoma ile spożywam cukru, pochłaniałam beztrosko banan za bananem, twierdząc, że „przecież to owoc”. No właśnie PRZECIEŻ TO OWOC! No, ale tak samo jak za gapowe, płaci się też i za głupotę. Ja przypłaciłam przepiękną wagą i zbędnymi kilogramami, których w całości nie udało mi się zrzucić do tej pory.

Wyobraź sobie jakie przerażenie mnie wzięło, kiedy już w pierwszym trymestrze, o 21:00 włączyła mi się ochota na pomelo i nie byłam w stanie zastąpić sobie go niczym innym! O matuchno! Na szczęście tym razem podeszłam do mojej ciążowej fanaberii z rozsądkiem. Poczytałam o tym owocu, zanim beztrosko oddałam się w objęcia codziennej (serio, jem pomelo prawie codziennie) rozkoszy.

Pomelo ma tylko 38 kcal/100 gramów. Nie znalazłam owocu, który miałby ich mniej. Obieranie jest bardzo żmudne, więc jemy powoli, dodatkowo pochłaniając spore ilości błonnika, co naprawdę syci. No i skubaniec zawiera mega duże dawki witaminy C i potasu. Pamiętam jednak o tym, że nadal owoc to owoc, więc pozwalam sobie na taką przyjemność wieczorem tylko w sytuacjach kryzysowych (za dnia jestem pomelowym potworem). Ale zwróć uwagę, na to, że moje myślenie zmieniło się do tego stopnia, że z regularnego objadania się bananami w nocy, przerzuciłam się na kilka kryzysowych sytuacji, kiedy zjadłam najmniej kaloryczny owoc jaki znam, przed położeniem się spać. To jest ZDECYDOWANA ZMIANA. Teraz, w nocy (oprócz kilku zrywów w pierwszym trymestrze), przyjmuję tylko wodę. No właśnie woda…

WODA

Nie umiem pić wody. Wiecznie o niej zapominam :( W poprzedniej ciąży potrafiłam przechodzić cały dzień na jednej szklance herbaty i nie odczuwałam potrzeby picia. Efekt był przerażający. Spuchłam do tego stopnia, że wyglądałam jak balon. Moje stopy nie mieściły się w żadne buty. Właściwie to miałam trudności z chodzeniem, bo czułam, że nawet podeszwy mi spuchły :) Serio… pokazałabym Ci jak wyglądałam pod koniec ciąży, tak wiesz „ku przestrodze”, ale internet jest okrutny, a ja jeszcze nie dotarłam do momentu, w którym desperacko potrzebuję zrobienia wokół siebie szumu. A wierz mi… byłabym wszędzie :) Mogę jednak dla potwierdzenia opłakanych skutków niepicia wody w ciąży pokazać Ci moje stopy + kostki (a raczej ich brak). Tatuaż znasz. Z resztą chyba bardziej niż tatuaż zdradza mnie kolor tych uroczych, stylowych klapeczków. Na drugim zdjęciu masz już moje balerony w jedynych butach jakie dały radę je zmieścić. A właściwie to te też nie dały rady, bo jak widać… PĘKŁY :) O matko płaczę jak na to patrzę. Resztę „mnie” możesz sobie wyobrazić ;)

 

Co więc zaleca doktor Malwina? Pij wodę! Na 100% NIE będziesz wielka :) Ja polecam Ci w ogóle rozpoczęcie dnia od ciepłej wody z cytryną i imbirem. Podobno imbir pomaga na nudności… nie potwierdzam. Chyba, że u mnie zadziałał dopiero po 5 miesiącach ciąży ;) Ale ma też inne właściwości, które bardzo dobrze na Ciebie wpłyną. Także jeśli masz… nie zaszkodzi dodać wodzie troszkę pikanterii. Jeśli nie, spróbuj chociaż cytryny. Ja w pierwszej ciąży bardzo lubiłam podbierać Maćkowi colkę. ZUO! W tej obyło się bez (kilka dni temu napiłam się jej pierwszy raz a i tak musiałam ją rozcieńczyć z wodą). Cytryna to jednak jakiś smak. Dla lubiących słodkie napoje, może być pomocą w ratowaniu swojej wagi.

CO JESZCZE ZMIENIŁAM?

Skoro ograniczyłam nawet spożycie owoców, to pewnie domyślasz się jaki mam stosunek do zwykłego cukru? Unikam jak ognia. Ale jeśli chodzi o cukier, to nawet nie chodzi o wagę co o samo zdrowie. Cukier to pożywka dla grzybów. Grzyby natomiast to m.in. zabójcy odporności. Z resztą… już sama myśl o tym, że moje dziecko miałoby się wychowywać w jakiejś pleśni… bleh! Coś strasznego! Wiesz, że grzyby potrafią przerastać przez jelita? To naprawdę trudno sobie wyobrazić, ale tak jest! Nie potrafiłabym świadomie trzymać przez 9 miesięcy swojego dziecka w jakiejś pieczarkarni tylko dlatego, że nie potrafię sobie odmówić cukru. Białe bułki i biały chlebuś to niestety też cukier. Z resztą, na ciemny też trzeba uważać. Jesteśmy mega ostrożni w kwestii składów obydwoje, ale nawet dzisiaj wyrzuciłam z chlebaka najnowszy zakup Maćka. Chleb razowy na miodzie. I kurczę udało się. Naprawdę udało się mojemu kochanemu mężowi trafić w skład bez mąki pszennej. Niestety miód już jest sztuczny :/ Tego powinni zabronić! Jeśli piekarnia uważa, że miód sztuczny nie jest niczym złym to ja bardzo uprzejmie proszę o nazwę: domowy chleb razowy  na miodzie SZTUCZNYM. A nie „na miodzie”. Draństwo… W dzisiejszych czasach jest tak trudno znaleźć producentów prawdziwie dobrej żywności…

Wiesz jaki ja mam patent na śniadania? Bo jednak wtedy spożywa się najwięcej pieczywa. Musli! I to nie takie sklejane syropem glukozowo-fruktozowym, których producentów za używanie określenia fit skazałabym na tortury w postaci jedzenia tego dziadostwa (albo co gorsze, karmienia tym czymś ich dzieci!). Jest od jakiegoś czasu na rynku musli, do którego składu po prostu nie można się doczepić. Produkt premium, półka najwyższa, konkurencja zamieciona. Jeśli jakakolwiek konkurencja dla takich składów w ogóle istnieje. Słyszałaś o OneDayMore? Wskakuj od razu TUTAJ do sklepu internetowego i podziwiaj te cuda!

Ja Ci akurat tutaj prezentuję wersję „na miasto”, bo to jest gotowa porcja do zabrania ze sobą do pracy, w podróż czy gdziekolwiek, gdzie nie mamy możliwości zjeść czegoś normalnego (a nawet chcąc kupić coś normalnego, okazuje się, że często jesteśmy nabijani w butelkę hasłami fit czy natural), ale są jeszcze duże wersje w tubach, takie, które zawierają kilka porcji. Mieszanek musli OneDayMore jest dokładnie 16, a na zdjęciu poniżej możesz podziwiać naszą prywatną kolekcję ;) Kiepsko widać napisy więc możesz wejść TUTAJ i wszystko przeczytać. Z resztą, nie ma na zdjęciu wszystkich. Każdy rodzaj rozpisany od A do Z. Wypisany każdy składnik, co, gdzie, jak i dlaczego. To jest właśnie to co ja chwalę. Jeśli produkt jest dobry to producent się tym chwali i nie ma nic do ukrycia.

Mati na tym zdjęciu znalazł się nieprzypadkowo. Bo Mati przekonał się do musli! Dziecko, które gardzi skórką od jabłka, pomarańcze potrafi tylko ssać bo obrzydza go „otoczka”, a jeśli zobaczy w zupie krem czarną kropkę, ze zmiksowanej pietruszki dostaje odruchu wymiotnego. Ja się zastanawiam, czy ten gość nie ma jakiejś nadwrażliwości i czy nie powinniśmy tego przegadać z lekarzem. Co by nie było, próbowałam go przestawić na owsiankę, ale nawet zmiksowanej nie tolerował. I szczerze? Nie wierzyłam w to, że uda mi się go przekonać do śniadań w takiej wersji. Wzięłam je tylko dlatego, że skład pasował również pode mnie :) Co się okazało? Pewnie się domyślasz. Mati zajada się mieszanką dla dzieci. Bazuje na mięciutkich płatkach jaglanych i sezamie (resztę doczytaj TUTAJ, bo skład jest naprawdę bogaty). Jeśli masz taki sam problem ze swoim dzieckiem, szczerze polecam mieszankę dla dzieci. U nas zadziałała. Ale to nie jest koniec! Na OneDayMore przestawił się nawet Maciek! Człowiek, który przez całe swoje życie opycha się słodkimi płatkami kukurydzianymi! Postawiłam przed nim mieszankę MĘSKIE w opakowaniu moro (TUTAJ) i gość uznał, że „nawet lepiej smakują”. Ta ciąża to jest niekończące się pasmo cudów, serio…

Przy okazji musli, opowiem Ci jeszcze o kolejnych skreśleniach z mojej listy. Nabiał. No niestety ograniczyłam go do minimum po zrobieniu sobie testów na nietolerancje pokarmowe. Cały panel nabiałowy miałam czerwony. Sery tak samo. Chociaż miałam ostatnio taki tydzień, kiedy musiałam koniecznie jeść dzień w dzień żółty ser. Na szczęście już mi przeszło :) Z resztą, negatywnych skutków spożycia żółtego sera jakoś nie odnotowałam, za to mleko UHT – noł łej! Nie tykam! Dodaję tylko śmietanę do zup i jogurt bez laktozy do musli. Tak więc porcję białka odzwierzęcego spożywam właściwie codziennie, bo musli jem właściwie dzień w dzień. Ale kiedyś piłam też kawę z mlekiem, a zamiast porcji mięsa na obiad, zjadałam pół kilograma twarogu uznając, że to w końcu też jest białko, więc różnica jest zdecydowanie zauważalna w moim przypadku :) Z resztą staram się tak żonglować mieszankami, żeby robić sobie przerwy od jogurtu, bo wszystkie smaki, które mają w składzie czekoladę, jem zalewając je tylko ciepłą wodą. Te z czekoladą masz wypisane TUTAJ (zaskakujące, że są wśród nich i dziecięce i męskie) :)

Na początek polecam Ci musli zimowe (TUTAJ), dla dzieci (TUTAJ), męskie (TUTAJ), dla skoncetrowanych (TUTAJ) i leciutkie (TUTAJ). I tu mam dla Ciebie suprajs – załatwiłam zniżkę 10% na hasło odmbakusiowo.

A CO Z RUCHEM?

Ano właśnie… to sobie zostawiłam na koniec. Bo niestety, ale ruch jest potrzebny. Na szczęście nie w jakiś ilościach drastycznych (w moim przypadku wystarcza chodzenie), ale widzę różnicę i w samopoczuciu i na wadze, kiedy nie jestem w stanie oderwać się przez kilka dni od komputera. Jeśli nie musisz pracować w ciąży, wykorzystuj ten czas na ruszanie się. Serio. Ja wyliczyłam sobie, że jeśli kupię sobie bieżnię do domu, zaoszczędzę masę czasu na dojazdy na siłownię (również po ciąży) więc sprawiłam sobie prezent (dostałam kilka pytań o model, który wybrałam, więc podaję –> TUTAJ). Ale bieżnia nie jest nikomu niezbędna. Tak więc nie sugeruj się mną. Ja pracuję z domu. Nie wychodzę. Mam niesamowicie nieregularny tryb pracy. W moim przypadku bieżnia była fajnym rozwiązaniem, tym bardziej, że czas, który poświęcałabym na ćwiczenia na siłowni wykorzystuję na czytanie książek na czytniku (lżejszy i poręczniejszy niż książka – na bieżnię idealny –> TUTAJ). Kroki mierzę opaską FitBit (TUTAJ), o której pisałam Ci już jakiś pierdyliard razy, ale jest to świetny wynalazek więc będę to robić dalej :) Tak więc średnio robię około 7000 kroków. Mój „kejpiaj” to 10000, ale ten brzuchal jednak potrafi zmęczyć. Nie zarzynam się aż tak. Takie 7000 kroków to jest mniej więcej tyle, co dzień, w którym posprzątasz chałupę i spędzisz 2 godziny na aktywnych zakupach w centrum handlowym (siedzenie w strefie FOOD na hamburgerze i frytkach się nie liczy) :)

Nie robię brzuszków. Nie ćwiczę na siłowni (a miałam taki zamiar… niestety pracuję na pełnych obrotach dodatkowo pisząc książkę i remontując dom). Nie mam czasu na siłkę. Ale jeśli Ty masz, gorąco polecam Ci trenera na ten czas (takiego, który potrafi ćwiczyć z ciężarnymi). Zrobisz coś dla siebie, będziesz lepiej się czuła fizycznie, a po porodzie, szybciej do siebie wrócisz. A jeśli nie… idź po prostu na spacer. Warto się poruszać, serio. Ale nic na siłę. Każdy musi znaleźć swój styl. Ja kocham czytać i ogarniać maile idąc po bieżni. Może i łapię szybciej zadyszkę i z dnia na dzień jest mi trudniej, ale wiem, że to co robię działa na moją korzyść.

No i stopy mieszczą mi się do butów sportowych! Ha! :) Trochę spuchłam, ale w porównaniu z tym, co Ci pokazywałam wyżej… to tak jakby nic :) Pozwalam sobie na zachcianki. Pozwalam sobie na lody w centrum handlowym, albo chałkę z masłem o 22 (taka zachcianka dopiero raz mnie naszła). To, że zmieniłam swoje nawyki pozwala mi przetrwać bez załamania nerwowego ciążowe chętki i ochotki. BO ONE SĄ! Nie unikniemy ich. I nie ma co się katować jak w wojsku, bo jednak coś nam się należy od życia, za tych 9 miesięcy męczarni. Ale pamiętając o MĄDREJ BAZIE, żadna zachcianka nam nie straszna. I wątpię, że znajdzie się ktoś (zdrowy oczywiście), kto wprowadzając te same zmiany, które wprowadziłam ja, przytyje 30 kg. No nie ma opcji… 

Udostępnij Skomentuj

Za kilka sekund zostaniesz przekierowana kolejny post

No czeeeeeeść! Bardzo się cieszymy, że do nas trafiłaś!

Jeśli jesteś mężczyzną, wybacz, ale jesteś zdominowany przez żeńską część bakusiowej społeczności. Bakusiowo to zdecydowanie blog dla kobiet :)

Co prawda zasłynęliśmy jako blog parentingowy, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzamy, że ramy parentingowe za bardzo nas ograniczają.

Jak więc nas określić? Blog rodzinny – zdecydowanie. Blog lifestylowy – jeszcze lepiej! Ale… to nadal zbyt mało.
Na naszym blogu każdy znajdzie coś dla siebie… piękne fotografie, niebanalne teksty, filmy… pokazujemy nasze wnętrza, podróże, inspirujemy, bawimy, wprawiamy w zadumę.

Podobno uzależniamy… ale pozytywnie! Odwiedzaj więc nas jak najczęściej! Jesteśmy baaaaaardzo gościnni ;) Do zobaczenia! Mati, Malwina i Maciek

PS. Jeśli jesteś u nas pierwszy raz kliknij TUTAJ. Zrobimy Ci szybką wycieczkę po blogu i opowiemy kilka ciekawych historii. Po 5 minutach będziesz się tutaj czuła jak u siebie <3