wydaje za duzo pieniedzy

Czy wiesz gdzie uciekają Twoje pieniądze???

1 czerwca 2017

Pamiętam moje zdziwienie, kiedy moi rodzice opowiadali mi o realiach funkcjonowania w latach osiemdziesiątych, kiedy to „pieniądze były, ale nie mieliśmy na co ich wydawać”. Mój dziecięcy móżdżek nie potrafił tych opowieści ogarnąć. Ja wychowywałam się już w czasach, w których półki sklepowe uginały się od produktów, które krzyczały do mojej podświadomości „Musisz nas mieć! Musisz nas mieeeeeć!”. A mnie nawet na pusty portfel nie było stać, a co dopiero na wypchanie go pieniędzmi :) Dostawałam co miesiąc 50 zł kieszonkowego, które już pierwszego dnia przeznaczałam na moje podstawowe potrzeby, czyli kolorowe karteczki do segregatora, które wyznaczały wtedy prestiż w klasie, a za resztę potrzeby drugiego sortu czyli draże, batony i chipsy, które pochłaniałyśmy z moją przyjaciółką już pod sklepem.

Później przyszły pierwsze zarobione pieniądze, na chwilę przed maturą, w ryckiej pizzerii, za które kupiłam sobie torebkę sportową i skórzane buty, które tylko wyglądały jak skórzane, ale na prawdziwą skórę już nie wystarczyło :) Duma poziom ekspert! Czułam się jak prawdziwa businesswoman. Spełniałam swoje małe-wielkie marzenia, odliczając kolejne 5 zł za godzinę, które przybliżały mnie do zakupów, na które w ramach oszczędności, jeździłam do Puław (15 km od Ryk) autostopem. Taki był ze mnie rekin biznesu!

Kiedy zaspokoiłam swoje materialne marzenia przyszedł czas na pierwsze wakacje z moim chłopakiem, na których jedliśmy w ramach oszczędności, na śniadanie kanapki z konserwą, na obiad kanapki z konserwą, a na kolację, dla odmiany… kanapki z konserwą. Musieliśmy jechać nie więcej niż 90 km na godzinę żeby samochód palił jak najmniej, w przeciwnym wypadku nie wyrobilibyśmy się z funduszem na paliwo, a i tak ostatnie 20 km jechaliśmy na oparach, z widmem pchania samochodu w tle. Ale i tak było super. Wakacje w Sudetach, z których nie pamiętam teraz nic poza tymi kanapkami z konserwą odhaczone.

Pewnie to co Ci opowiadam brzmi dla Ciebie dziwnie znajomo? :) Wieeeem. Wszyscy przez to przechodziliśmy. Teraz możemy się już tylko z tego śmiać, chociaż… czy na pewno nasza rzeczywistość nie wygląda łudząco podobnie do tej sprzed 10 lat?

Dzieci kapitalizmu…

Właśnie przeczytałam bardzo fajny raport pt. „Dojrzałość Finansowa Polaków” (TUTAJ), z którego wynika, że co trzeci z badanych nie ma żadnych oszczędności. I wiesz co? Mnie to specjalnie nie dziwi! Musimy powiedzieć sobie to jasno, ale jesteśmy pokoleniem, które zachłysnęło się kapitalizmem i tym, że mamy inne czasy, niż te, które znamy z opowieści naszych rodziców. Pamiętam nasze pierwsze wakacje zagraniczne. To było wydarzenie! Moi rodzice odkładali przez cały rok na wyjazd na Węgry, dla naszej 4-osobowej rodziny, o 2 w nocy pakowali półprzytomne dzieci do samochodu, żebyśmy nie smędzili podczas wyjazdu jak osioł ze Shreka, a jak już zaczynaliśmy narzekać, zapychali nas słynnymi kanapkami z konserwą i tak po 10 godzinach podróży docieraliśmy do celu. Wynajmowaliśmy kwatery w odległości 3-4 km od kompleksu basenowego i codziennie podróżowaliśmy ze wszystkimi materacami, kocami i prowiantem, żeby wykorzystać całodniowy bilet wstępu w 100% i nie wydać przy okazji dodatkowych pieniędzy na leżaki, ręczniki czy jedzenie w budkach z gyrosem ;)

Teraz latamy samolotami w najdalsze zakątki świata kręcąc nosem na 3 gwiazdki przy hotelowym szyldzie, wykupujemy wygodne opcje all inclusive i wycieczki fakultatywne, żeby spenetrować odwiedzany rejon wzdłuż i wszerz. Zdjęcia robimy nowoczesnymi smartfonami, które wymieniamy średnio raz na dwa lata, bo wyszedł nowy – jeszcze lepszy model, a nasi znajomi lajkują je z coraz to nowszych komputerów przenośnych, zasłuchani w piosenki wykupione w abonamencie, w spotifajach i innych ajtjunsach. Konsumujemy na potęgę. Ale czy to źle? Nie. Pod jednym warunkiem.

Realizuj marzenia! Ale pamiętaj o jednym…

Nie ma nic złego w realizowaniu pragnień, o których nasi rodzice mogli tylko pomarzyć. Nie ma nic złego w inwestowaniu w dobrej jakości ubrania i sprzęty, bo to inwestycja na lata, chociaż według raportu ponad 65% ankietowanych przyznało się do kupienia w ostatnim roku czegoś zupełnie niepotrzebnego pod wpływem impulsu, a 22% wydało swoje oszczędności na inny cel niż planowali, z czego byli później niezadowoleni. Oszczędności. No właśnie. Czy Ty oszczędzasz? Czy analizujesz to, na co wydajesz swoje pieniądze? Muszę Ci się do czegoś przyznać – ja do niedawna tego nie robiłam. Właściwie to dopiero, kiedy pojawił się Mati zaczęłam się zastanawiać nad zabezpieczeniem przyszłości naszej rodziny. Ubezpieczenie od śmierci, poważnego zachorowania, które nie pozwoli nam pracować to jedno. O tym porozmawiamy przy innej okazji. Dzisiaj chciałabym się skupić na samym oszczędzaniu pieniędzy. Z raportu wyczytałam, że tylko połowa ankietowanych rodziców oszczędza na przyszłość swoich dzieci. Owszem, część z nas po prostu nie ma możliwości oszczędzania, bo nasze realia nie rozpieszczają wysokimi wypłatami. 25% ankietowanych zarabia nie więcej niż 2100 zł netto miesięcznie. To naprawdę niewiele, zważywszy na to, że blisko połowa z respondentów musi spłacać wszelkiego rodzaju kredyty (obstawiam, że najczęściej są to kredyty na mieszkanie). Każdy z nas chce jakoś wyglądać, żyć na jakimś poziomie… a gdzie tu jeszcze odkładać pieniądze! My z Maćkiem na zarobki nie narzekamy, a z zaoszczędzeniem jakichkolwiek pieniędzy mieliśmy przez długi czas problem. Wiesz jak to jest… apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wcześniej wystarczył mi zwykły telefon do pogadania i wysłania względnej jakości MMS-a. Teraz muszę mieć telefon, który robi najlepsze zdjęcia, bo rzekomo jest mi potrzebny do pracy. Prawda jest taka, że zdjęcia i tak robię aparatem, a nie telefonem, bo nie wystarcza mi jakość ajfonowa. Do domu też mogłabym kupić tańszą baterię czy płytki, ale tu tłumaczyłam się tym, że to inwestycja na lata. I co? Kran przecieka po 2 latach, płytki już mi się opatrzyły… Taras z kostki, który właśnie nam rozbierają Panowie, też mógłby nam wystarczyć, ale nieeee… skoro stać nas na jego wymianę na drewniany, nagle okazuje się, że to nasza potrzeba pierwszej kategorii. Wakacje jak najdalej i jak najbardziej egzotycznie (bo trzeba zobaczyć trochę świata), kosmetyki, perfumy, ciuchy, sprzęt… serio. Im więcej się zarabia, tym kosztowniejsze pomysły na konsumpcję pieniędzy. Można się w tym zatracić niezależnie od zasobności portfela. A przecież nikt z nas nie wie co będzie jutro, prawda? Dziecko rośnie, trzeba mu będzie zapewnić jakiś start w przyszłość, bo samymi wspomnieniami o rodzinnej sielance brzucha nie wypełni. Zaczęliśmy więc analizować nasze wydatki i tropić „dziury w portfelu”, które wyprowadzają nasze pieniądze niewidzialnym, cieniutkim strumieniem. Tych strumyczków naliczyliśmy aż 9!

Nasi „prywatni złodzieje”:

  1. Marnujemy jedzenie, a przez to i pieniądze, kupując co popadnie, na zapas, albo po prostu robiąc zakupy na głodniaka. Serio! Spróbuj pójść na zakupy najedzona, a wyjdziesz z koszykiem o połowę mniej zapakowanym. #PotwierdzoneInfo
  2. Naliczyliśmy 6 nieużywanych kont bankowych, za które nadal płaciliśmy po 3-5 zł miesięcznie za prowadzenie. 6 x 5 to 30 zł, które w skali roku daje nam już 360 zł.
  3. Jeździmy samochodem jak rajdowcy (no dobra ja jeżdżę)… Maciek pokazał mi wykres z jednej z moich podróży. Okazało się, że gdybym jechała spokojnie (patrz, wyszła chwilę wcześniej, żeby nie gonić na łeb na szyję) zaoszczędziłabym kilkadziesiąt złotych podczas jednej trasy w Polskę. Do Warszawy jeżdżę minimum raz w tygodniu, w dłuższe trasy minimum raz w miesiącu. Obstawiam, że jedno tankowanie auta mogłabym spokojnie zaoszczędzić, gdybym mniej guzdrała się w łazience. A ile zmarszczek mniej!
  4. Naliczyliśmy 7 urządzeń w domu, które są włączone praktycznie cały czas. Maciek nie policzył jeszcze ile ciągną energii w stanie czuwania, ale to podobno też oszczędność rzędu kilku stówek w skali roku.
  5. Wygrzewanie pod prysznicem (tak, tak to znów moja sprawka), ale to mój nałóg. Kiedy wchodzę pod prysznic leję tę wodę jakbym przyjechała po miesięcznym spacerze po Saharze. W naszym przypadku nie tylko woda kosztuje, ale i wywóz szamba, które według wyliczeń Maćka generuje dodatkowe 150 zł miesięcznie dzięki mojemu nietypowemu hobby.
  6. Kisimy ciuchy po Matim. A właściwie to ja kiszę, bo ciągle mam nadzieję, że będą dla drugiego dziecka. Nosz kurrrde, zaraz się okaże, że to ja jestem głównym zagrożeniem dla stabilności naszych finansów :) Kiedy po dwóch latach, wreszcie zrobiliśmy wyprzedaż ciuszków, zwróciło nam się blisko 4000 zł! Szafa znów czeka zapchana więc spodziewaj się kolejnej wyprzedaży bo zamarzyłam sobie wysokie brzózki przy ogrodzeniu więc muszę na nie jakoś zarobić nie? :) Z resztą, to będzie też fajna okazja do zaoszczędzenia przez Ciebie :P In tacz! :)
  7. Kupujemy czasopisma, których nigdy nie czytamy. Pamiętasz moją opowieść o Forbesie, który służył mi przez rok jako podkładka pod myszkę i codziennie miałam się zabrać za jego czytanie? Do tej pory go nie przeczytałam! Podobnie jest z gazetami o fotografii, które „dla oszczędności” prenumerowaliśmy przez pół roku. 10-12 zł za egzemplarz, który przekartkowałam na szybko z nadzieją powrotu „w wolnej chwili”…
  8. Kupujemy sprzęt w sklepach stacjonarnych. To znaczy kupowaliśmy dopóki nie przeprowadziliśmy się do domu. Wtedy to nauczyłam się oglądać produkty w sklepach, korzystać z internetowych porównywarek cenowych i zamawiać je z najtańszych źródeł. Można zaoszczędzić naprawdę fajne pieniądze… albo przepłacić w stacjonarce.
  9. Kupujemy ubrania bez przymierzania „bo się odda”, po czym nigdy ich nie oddajemy. W ten sposób mamy w naszej kolekcji kilkanaście par za małych butów kupionych przez internet, albo niedopasowanych ciuchów, które chwyciliśmy na szybko z wieszaka, a później obudziliśmy się po miesiącu ze świadomością, że czas na zwrot już minął.

Po przeanalizowaniu naszego codziennego funkcjonowania i wyciągnięciu tych 9 wniosków, okazało się, że zamiast odkładać po kilkaset złotych miesięcznie, puszczamy je po prostu w eter. Wypracowaliśmy więc sobie kilkanaście sposobów na zmniejszanie wydatków, których zupełnie nie odczuwamy. Prawda jest taka, że jakiś procent naszych dochodów jesteśmy w stanie odkładać zmieniając kilka szkodliwych nawyków. My narzuciliśmy sobie z Maćkiem takie minimum miesięczne, odkładane na przyszłość Matiego w postaci 250 zł miesięcznie. W skali roku daje nam to 3000 zł, plus dodatkowe 500 zł co roku, które oddaje nam Nationale-Nederlanden za to, że ubezpieczamy się i odkładamy pieniądze na przyszłość Matiego w jednym produkcie o wdzięcznej nazwie „Strażnik Przyszłości”. To daje nam 3500 zł rocznie, pomnożone razy 17 lat odkładania – 59 500 zł (nie wspominam tu już o tym, że pieniądze odłożone na takim koncie pracują same na siebie). Poczytaj sobie o samym produkcie TUTAJ. Proste i klarowne zasady. Żadnych ukrytych opłat, czy zobowiązań zapisanych w umowie drobnym drukiem. My z Nationale-Nederlanden jesteśmy związani od bardzo dawna i cenimy sobie naszą współpracę.

Czy jestem taka jak inni?

A wracając do raportu, to polecam Ci przejrzenie go tak „dla sportu”. Jest naprawdę ciekawy. Można się porównać z resztą polskiego społeczeństwa i sprawdzić, czy jest z nami źle, bardzo źle, czy jednak będą z nas ludzie ;) Raport do obejrzenia TUTAJ.

W dzisiejszych czasach potrzeba naprawdę silnej woli do tego, żeby nauczyć się oszczędzać. Nie dziwią mnie wyniki tego raportu, bo widzę sama po sobie, jak często nie panuję nad wydatkami, jak poprawiam sobie humor zakupami, które później okazują się kompletnie zbędne (patrz wpis z 9 wazonami, których ostatecznie nie miałam gdzie powciskać bo RTV-ka okazała się za mała). Kupuję Matiemu za dużo zabawek, chcąc podświadomie odbić sobie to, że sama nie miałam takich cudów w dzieciństwie, robimy sobie z Maćkiem totalnie nietrafione prezenty niespodzianki, których później nie mamy serca sprzedać, a i tak nie używamy… no bo nietrafione w końcu nie? :) Mogłabym tak rozwodzić się nad tą naszą niedojrzałością finansową długo, ale na szczęście problem jest zdiagnozowany i nawet poczyniliśmy konkretne kroki, co zawdzięczamy głównie pojawieniu się Matiego. Na szczęście oszczędzać można zacząć w każdej chwili, a rozpamiętywanie grzechów przeszłości zamienić na wdzięczność za życiowe lekcje i doświadczenia. Zacznij od analizy swoich „niewidzialnych strumyczków”, a ja niedługo pokażę Ci kilka patentów, które pozwalają nam z Maćkiem odkładać kasę dla Matiego totalnie nieodczuwalnie :)

 

piniądz & love ;)
Twoja M.
Udostępnij Skomentuj

Za kilka sekund zostaniesz przekierowana kolejny post

No czeeeeeeść! Bardzo się cieszymy, że do nas trafiłaś!

Jeśli jesteś mężczyzną, wybacz, ale jesteś zdominowany przez żeńską część bakusiowej społeczności. Bakusiowo to zdecydowanie blog dla kobiet :)

Co prawda zasłynęliśmy jako blog parentingowy, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzamy, że ramy parentingowe za bardzo nas ograniczają.

Jak więc nas określić? Blog rodzinny – zdecydowanie. Blog lifestylowy – jeszcze lepiej! Ale… to nadal zbyt mało.
Na naszym blogu każdy znajdzie coś dla siebie… piękne fotografie, niebanalne teksty, filmy… pokazujemy nasze wnętrza, podróże, inspirujemy, bawimy, wprawiamy w zadumę.

Podobno uzależniamy… ale pozytywnie! Odwiedzaj więc nas jak najczęściej! Jesteśmy baaaaaardzo gościnni ;) Do zobaczenia! Mati, Malwina i Maciek

PS. Jeśli jesteś u nas pierwszy raz kliknij TUTAJ. Zrobimy Ci szybką wycieczkę po blogu i opowiemy kilka ciekawych historii. Po 5 minutach będziesz się tutaj czuła jak u siebie <3