Karmienie naturalne – drugi raz tak łatwo się nie poddam!

7 sierpnia 2018

Karmienie piersią, odkąd pamietam, nie należało do najchętniej podejmowanych przeze mnie tematów na blogu. Na karmienie piersią byłam wręcz w pewnym momencie obrażona! Pamiętam pełen żalu wpis sprzed 3 lat, w którym głośno opowiedziałam o tym jak fatalnie się czuję słysząc, że jestem wygodna bo karmię swoje dziecko butelką, albo że nie daję mu przez to wystarczającej dawki miłości. Nadal się nie zgadzam ani z jednym ani z drugim twierdzeniem, natomiast tamten wpis miał być dla mnie czymś więcej…

Mam szczęście do mądrych czytelniczek. Mądrych i serdecznych, które nie hejtują a podpowiadają. I wtedy, w komentarzach pod tym wpisem, trafiłam na historię dziewczyny, która odzyskiwała swoją laktację już po tym, jak „kranik zakręcił się kompletnie”. Pierwszy raz pomyślałam o tym, że może jednak te wszystkie opowieści o tym, że karmienie jest w głowie a nie w piersiach jednak mają coś wspólnego z prawdą. Zaczęłam czytać więcej i… załamałam się. Naprawdę się załamałam. Bo szukając odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego tak szybko skończył mi się pokarm?” nie dość, że dotarło do mnie, że przede wszystkim ze zmęczenia (jeśli czytałaś moją książkę znasz historię mojego „human doing” zamiast „human being”), to jeszcze zrozumiałam jak cenny skarb przez swoją niewiedzę utraciłam. Bo mleko mamy jest dla dziecka najcenniejszym skarbem. I teraz, po latach przemyśleń i długich godzinach spędzonych na zgłębianiu tematu stwierdzam, że gdybym posiadała tę wiedzę 5 lat temu, na pewno tak łatwo bym się nie poddała. Gdybym tylko wiedziała o co walczę…

 

Temat krótkiego karmienia piersią wracał do mnie jak bumerang przy okazji każdej kolejnej infekcji Matiego. Historia naszej walki o podniesienie Pączkowej odporności to obok starań o drugie dziecko i budowy domu najczęściej poruszany przeze mnie na blogu temat. Nic dziwnego! Mati za chwilę skończy 5 lat a stanem względnej odporności cieszymy się dopiero od pół roku! Celowo zaznaczam, że „względnej” bo Mati od listopada nie chodzi do przedszkola więc jak sobie radzi jego organizm dowiemy się dopiero we wrześniu, kiedy podejmiemy tę próbę po raz… enty (serio… projekt przedszkole to u nas jakieś never ending story…).

W międzyczasie zajmowałam się też kwestią swoich powracających infekcji i wiesz co? Wszystkie drogi prowadzą do… jelit. Nie bez powodu są nazywane drugim mózgiem! Ach, mogłabym Ci o tym opowiadać godzinami. Może to zabrzmi dziwnie, ale… jestem zafascynowana jelitami :) Haaa! Pięknie to brzmi, wiem :) :) :) Ale wyobraź sobie, że w Twoich jelitach toczy się nieustanna walka pomiędzy dobrymi i złymi bakteriami. Od Ciebie zależy które wojska będą miały przewagę. Znów Cię muszę odesłać do mojej książki, bo poświęciłam cały rozdział właśnie tej „walce”. Wyobraź sobie jak ważne musi być to zagadnienie skoro nie mogłam pominąć go w książce… O ZMIANIE ŻYCIA! A co więcej… jak banalne i logiczne, skoro nie posiadając wykształcenia w tym kierunku, odważyłam się o tym napisać a wiesz, że ja w tematach, co do których nie jestem przekonana wolę się nie wypowiadać. Tak więc jeśli nie słyszałaś jeszcze o tym, że odporność pochodzi z jelit, zainteresuj się tym zagadnieniem dla dobra całej Twojej rodziny.

No dobra… ale co mają jelita do karmienia piersią? Pewnie słyszałaś przynajmniej raz w życiu opowieść o tym, jak to niemowlę „na piersi” jako jedyne uchroniło się przed wirusem albo innym ustrojstwem, które zaatakowało całą rodzinę? Ja takie historie słyszę co i rusz. I nie muszę być naukowcem albo lekarzem, żeby zrozumieć, że mleko matki jest bombą odpornościową dla dziecka. Czytałam o makrofagach stymulujących układ odpornościowy dzieciaczka do produkcji własnych przeciwciał, o laktoferynie, której przypisuje się działanie ochronne np. przeciwko Candida albicans, o lizozymie, który działa bakteriobójczo, o limfocytach T i B, które po zetknięciu się z wirusami wytwarzają interferon (syntetyczny interferon jest stosowany do leczenia nowotworów dlatego uważa się, że karmienie piersią może mieć późniejszy wpływ na ich występowanie)…

Ostatnio trafiłam na kolejną bombę, o której być może jeszcze nie słyszałaś. Czytałaś o HMO? Jeśli nie, koniecznie zajrzyj TUTAJ. Ja nie czuję się na siłach żeby Ci robić z tego wykładnię bo nie mam wyksztacenia medycznego, jednak na mój, zdrowy BABSKI rozum, takie odkrycie to naprawdę przełom. Wyobraź sobie, że naukowcy odkryli, że zawarte w pokarmie mamy oligosacharydy mleka kobiecego (human milk oligosaccharides – HMO) są kluczowymi składnikami dla budowania odporności niemowlęcia.  To trzeci po laktozie i tłuszczu składnik stałym w mleku matki. Gdyby usunąć z mleka wodę, stanowiłyby 15% pozostałej masy a właściwie nie mają żadnych wartości odżywczych. Wychodziłoby na to, że zostałyśmy zaprojektowane tak fatalnie, że tracimy energię na produkcję bezwartościowego składnika. I wtedy wkracza odporność… cała na biało :) Oligosacharydy mleka kobiecego to niesamowicie skomplikowane związki. Ich odtworzenie zajęło naukowcom 30 lat, ale było warto bo HMO wybiórczo wspierają rozwój „dobrych” bakterii w jelicie podczas gdy inne oligosacharydy wspierają już obydwie strony tego konfliktu, czyli te złe bakterie też. No właśnie, znów docieramy do jelit jako bazy odporności człowieka. Nawet tego najmniejszego. Mówię Ci, wszystkie drogi wcale nie prowadzą do Rzymu. One prowadzą do jelit! A HMO na dodatek pomagają z tych jelit wyrzucać chorobotwórcze potwory (patogeny), a nawet jak te złe mikroby już tam są, to HMO nie pozwalają im za bardzo działać. Takie sprytne są!

Uwierz mi, że nie miałam o tym wszystkim zielonego pojęcia podczas mojej pierwszej przygody z karmieniem piersią. Gdybym wiedziała ile tracę (a właściwie to traci Mati) pewnie nie poddałabym się tak łatwo. Nie posłuchałabym się położnej, która stwierdziła, że mam za cienki pokarm a panią pediatrę, która zaleciła mi dokarmianie, poprosiłabym raczej o polecenie dobrego doradcy laktacyjnego zamiast mieszanki. Co prawda możliwe, że od września tego roku, Nestlé wprowadzi HMO do swoich mlek modyfikowanych, natomiast ja mam zamiar o tę laktację tym razem zawalczyć pomimo tego, że „co chwila coś” :)

Najpierw była cesarka, opóźniona laktacja i zbyt duży spadek masy Milenki. Później kryzys laktacyjny (o tym, jak sobie z nim poradziłam opowiem Ci już na dniach – kończę oddzielny wpis na ten temat). Teraz zęby i upały, które wbrew pozorom, wcale nie działają tak, że Milenka „wisi na cycku”. Jest właśnie odwrotnie. Nie chce jeść, wygina się w łuk i uwaga, wiem, że Cię zaskoczę, aleeee PŁACZE! Po 4 miesiącach to dziewczę zaczyna nawet płakać więc naprawdę coś jest na rzeczy. Ale nie daję się. Moim największym przyjacielem jest aktualnie laktator i woreczki do przechowywania pokarmu (mam ambitny plan zapełnienia całej szuflady w zamrażarce). Mam pod górkę bo mój urlop macierzyński trwał dokładnie 10 godzin, tych zaraz po cesarce i to by było na tyle z mojego czasu „tylko dla mnie i dziecka” a pomimo tego, że na codzień pracuję z domu, to jednak nie ma tygodnia, w którym nie musiałabym wyjechać na kilka godzin więc Milenka doskonale wie ile się trzeba napracować nad piersią a ile nad butelką, żeby wyleciało z niej mleko i pomimo, że używamy takiej, która nie zaburza odruchu ssania, to jednak obstawiam, że też nie pozostaje to bez echa i te aktualne teatralne „wyginki” podczas upałów to właśnie manifestowanie żądzy butelki, nad którą nie trzeba tyle pracować ;)

No niestety, nie można mieć wszystkiego. Ograniczam takie sytuacje do minimum. Ostatnio 10-godzinne nagranie, biedny Maciek spędził na włóczędze po centrum Warszawy, po to tylko, żeby co 2 godziny przychodzić na karmienie :) Ale nie żałujemy tego. Obydwoje wiemy, że jak najdłuższe karmienie piersią to najlepsze co możemy zrobić dla Milenki w całym jej życiu. Gdybym mogła cofnąć czas, do karmienia Matiego podeszłabym kompletnie inaczej. Niestety w tym przypadku, mleko już się rozlało. A właściwie to skończyło :) Lata chorób, mam nadzieję, że już za nami i z odpornością starszaka będzie tylko lepiej. Teraz pora na wykorzystanie doświadczenia i wiedzy, które dostałam w prezencie od mojego synka. Drugi raz tak łatwo się nie poddam!

Udostępnij Skomentuj

Za kilka sekund zostaniesz przekierowana kolejny post

No czeeeeeeść! Bardzo się cieszymy, że do nas trafiłaś!

Jeśli jesteś mężczyzną, wybacz, ale jesteś zdominowany przez żeńską część bakusiowej społeczności. Bakusiowo to zdecydowanie blog dla kobiet :)

Co prawda zasłynęliśmy jako blog parentingowy, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzamy, że ramy parentingowe za bardzo nas ograniczają.

Jak więc nas określić? Blog rodzinny – zdecydowanie. Blog lifestylowy – jeszcze lepiej! Ale… to nadal zbyt mało.
Na naszym blogu każdy znajdzie coś dla siebie… piękne fotografie, niebanalne teksty, filmy… pokazujemy nasze wnętrza, podróże, inspirujemy, bawimy, wprawiamy w zadumę.

Podobno uzależniamy… ale pozytywnie! Odwiedzaj więc nas jak najczęściej! Jesteśmy baaaaaardzo gościnni ;) Do zobaczenia! Mati, Malwina i Maciek

PS. Jeśli jesteś u nas pierwszy raz kliknij TUTAJ. Zrobimy Ci szybką wycieczkę po blogu i opowiemy kilka ciekawych historii. Po 5 minutach będziesz się tutaj czuła jak u siebie <3