Do Pana Doktora z warszawskiego szpitala, który ma problem z tym, że musi pracować.

14 lutego 2018

Drogi Panie Doktorze, który 13 lutego 2018 roku, zmuszony byłeś poświęcić 10 minut swojego cennego czasu na sprawę skrajnie patologicznej osoby, w postaci ciężarnej w 9 miesiącu ciąży, która ośmieliła się skorzystać z niebywałego luksusu bycia ubezpieczoną w ZUS i przybyła do szpitala, skierowana tam w trybie natychmiastowym przez swojego ginekologa (za którego od lat już płaci prywatnie, żeby nie nadużywać dobroci naszego opiekuńczego państwa)…

Piszę do Pana publicznie, tak samo jak publicznie postanowił mnie Pan upokorzyć przed pięćdziesięcioma osobami, słuchającymi Pana wrzasków wydobywających się z gabinetu nr 20, kierowanych do mnie, stojącej przy otwartych drzwiach, na korytarzu, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby postawić swą niecną stopę za linią progu. No, może mój wielki, ciążowy brzuch przekroczył tę barierę, za co bardzo przepraszam, ale na Panu mój stan i tak nie zrobił większego wrażenia. Baba w ciąży, czy nie w ciąży, opie*dol za niewinność się przecież należy, prawda? W końcu to ja jestem tutaj dla Pana, a nie Pan dla mnie i to Pan płaci składki ZUS za to, żeby móc sobie na mnie ulżyć bo musi Pan pracować w wybranym przez siebie zawodzie. OK. Niech tak będzie. Zdążyłam się już przyzwyczaić do tego, że korzystanie z publicznej służby zdrowia do przyjemności nie należy, a trafienie na miły i przyjazny personel jest zjawiskiem rzadko niespotykanym.

Chciałabym jednak żeby szanowny Pan Doktor, w wolnej chwili, przeczytał ten list tak dla samego siebie. Żeby zastanowił się Pan nad tym, kto daje Panu prawo do przerywania krzykiem, w pół zdania, osobie, która grzecznie zapukała po wyjściu pacjenta, odczekując stosowny czas, żeby nie było, że nie zdążył Pan nawet odetchnąć po obsłużeniu kolejnego delikwenta, co to odważył się poczuć gorzej i odczekać 5 godzin w kolejce, żeby poprosić Pana o wykonanie usługi, za którą Pan pobiera wypłatę. Kto daje Panu prawo do wykrzykiwania do mnie, że: „Ja Pani powiem, co Pani tutaj robi! Pani tu bez kolejki się wpycha, żeby wymusić na mnie przyjęcie, bo się pewnie Pani wykłóciła w rejestracji, żeby Panią zapisać, a podstaw do zapisu pewnie nie ma i pewnie już Panią odesłano do mnie, żebym ja się z Panią użerał…” (cyt. z pamięci), a kiedy ja wybucham płaczem i nie potrafię wydusić z siebie słowa, bo kompletnie nie rozumiem sytuacji i agresji z Pana strony, wykrzykuje Pan do mojego męża, który w mojej obronie staje, że swojego nazwiska Pan nie poda, że ochrona danych osobowych, ale o ochronie praw pacjenta to już Pan nie pamięta? O szacunku dla drugiego człowieka? Takiego wie Pan… ludzkiego. Takiego jakim ja bym Pana obdarzyła kiedy byłabym na Pana miejscu, albo chociaż takiego, jakim obdarzyłby mnie Pan, gdyby pracował Pan w prywatnym szpitalu, gdzie miałby Pan to z góry przykazane, bo „klient nasz pan”. Tu też jestem klientem, ale spora część publicznej służby zdrowia, z szanownym Panem Doktorem na czele, niestety o tym zapomina. I to, że Pan postanowił zostać lekarzem naprawdę nie czyni z Pana nadczłowieka. Bo może i zna się Pan na leczeniu ludzi, ale jeśli trafi się Panu pacjent, który nie da sobą pomiatać tak jak ja i na przykład założy Panu sprawę w sądzie, to będzie Pan musiał udać się do prawnika, później do sklepu, żeby Panu ktoś dobrał garnitur, będzie Pan też musiał jakoś dotrzeć na rozprawę korzystając z samochodu, który ktoś dla Pana zaprojektował, złożył i co roku sprawdza go na przeglądach… będzie Pan musiał współpracować ze światem pełnym specjalistów w dziedzinach, na których kompletnie się Pan nie zna. I nikt, zapewniam Pana, NIKT nie będzie się na Pana wydzierał i miał do Pana pretensji, o to, że Pan oddycha, że Pan żyje i że Pan się nie zna na wszystkim. I to, że Pan akurat zainteresował się medycyną, nie czyni Pana lepszym od tego Pana, który Panu naprawia samochód, dobiera garnitur, albo będzie reprezentował Pana w sądzie, bo tak jest świat skonstruowany, że każdy ma jakiś swój zawód i swoje zainteresowania i wszyscy wzajemnie świadczymy sobie usługi, po to, żeby nie trzeba było znać się na wszystkim. Tak przy okazji, dla Pana, taka lekcja z podstaw funkcjonowania społeczeństwa w razie gdyby Pan o tym zapomniał i uważał się za przedstawiciela rasy nadludzkiej, bo już jeden taki był, z podobnymi przekonaniami. Adolf. Adolf nie miał zbyt wielu przyjaciół. Szkoda, że już nie żyje bo na pewno znaleźliby Panowie nić porozumienia.

No więc drogi Panie Doktorze, niech mi Pan wierzy, że moja wizyta w szpitalu, była ostatnią rzeczą, na jaką miałam tego dnia ochotę. Ale jeśli dowiaduję się, że nasilający się od kilku dni ból lewej nogi i towarzyszące temu objawy, mogą oznaczać zakrzepicę, która jest niezwykle niebezpieczna i dla mnie i dla mojego dziecka, to wolę to sprawdzić, żeby na przykład nie wiem… nie umrzeć i nie zostawić męża samego z synkiem na tym świecie? Wie Pan, taka fanaberia kogoś, komu się mówi „trzeba to zbadać w trybie natychmiastowym”. To, że przyjechałam do Pana aż do Warszawy to też nie był mój wybór. Zostałam do Pana skierowana ze szpitala w Wołominie, gdzie nie było możliwości przeprowadzenia odpowiedniego badania. I widzi Pan, ja na to badanie byłam zapisana na następny dzień, w prywatnej placówce. I taki był plan. Żeby omijać szerokim łukiem publiczną służbę zdrowia, a już w szczególności wszystkie Izby Przyjęć i inne SORy. Ale ból był już tak silny, że uznałam, że chyba nie wytrzymam do następnego dnia.

Chciałabym, żeby Pan wiedział,

że pomimo tego, że po Pana występie po prostu stanęłam na tym korytarzu, pod tym gabinetem nr 20, kompletnie rozbita tym, że ktoś mógł mnie tak potraktować, podczas gdy ja tylko grzecznie wypełniłam polecenie od Pani z rejestracji i zapukałam do Pana drzwi, pomiędzy pacjentami, upewniając się po drodze, czy nikt z tym moim zapukaniem na sekundkę nie będzie miał problemu, że pomimo tego, że obcy ludzie podchodzili do mnie żeby mnie uspokoić (coś takiego nazywamy w świecie ludzi z sercami, EMPATIĄ),

że pomimo tego, że Pana zachowanie było do tego stopnia skandaliczne, że ta biedna Pani z rejestracji przepraszała w Pana imieniu i sama była oburzona Pana krzykami, tak jak i wszyscy świadkowie,

że pomimo tego, że nie usprawiedliwia Pana fakt użerania się z pijanymi, naćpanymi czy brzydko pachnącymi osobami, a ja tym bardziej nie byłam jedną z nich (nawet perfum przed wyjściem użyłam),

że pomimo tego, że mój mąż nalega, żebym napisała pismo do prezesa szpitala, w którym Pan pracuje i żebym domagała się od Pana przeprosin za to do jakiego stanu mnie Pan doprowadził w tak zaawansowanej ciąży…

…to ja kurczę tego nie zrobię.

Niech Pan pozostanie anonimowym Panem Doktorem z warszawskiego szpitala. Link do tego wpisu dostanie Pan od nas w prezencie, bo mąż już ma Pana dane. W dzisiejszych czasach w Internecie można znaleźć wszystko. Można też wyżyć się na nieodpowiedniej ciężarnej, która w tym Internecie prowadzi poczytny blog, a jej wpis przeczyta minimum kilkadziesiąt tysięcy osób. I wiele z tych osób mogłoby zrezygnować z wizyt w Pana prywatnym gabinecie w Konstancinie. Nakręcenie afery, szczególnie z publiczną służbą zdrowia w tle, to bułka z masłem. Tyle, że mi nie zależy na tym, żeby Pana karać, tylko żeby Panu i Panu podobnym dać mu do myślenia. Bo gdybym wykazała się taką samą nienawiścią, jaką otrzymałam, mógłby Pan w trybie natychmiastowym zostać wezwany do przełożonych na dywanik. Wie Pan… PR, wizerunek, dobre imię placówki i te sprawy… Ale ja nie z tych mściwych. Ja z tych, co to w takiej sytuacji patrzą się prosto w oczy i próbują z nich wyczytać jakiś powód do usprawiedliwienia takiego zachowania. Ciul z tym, że sobie popłakałam wśród obcych ludzi. I tak wyglądam komicznie z tym moim wielkim bebzolem i niezgrabnymi ruchami. Kilka glutów idealnie dopełniło całą tę żenującą dla mnie sytuację. Nie zrobię Panu tego i dam Panu szansę na wyciągnięcie wniosków ze swojego zachowania. W wolnej chwili zapraszam Pana do przeczytania komentarzy na Facebooku, które na pewno przepięknie uzupełnią moje zdanie na temat Pana zachowania.

Bardzo mi Pana Doktora szkoda, że rozsyła Pan Doktor dookoła siebie tyle nienawiści i pogardy dla ludzi, dzięki którym ma Pan pracę. Bo wie Pan… ta nienawiść wraca. Ode mnie nie wróciła, bo ja nie chcę się takimi emocjami truć, szczególnie, kiedy patrząc na Pana widzę co takie emocje robią z człowiekiem. Chciałabym tylko, żeby zastanowił się Pan nad tym kto dla kogo w tym szpitalu jest. Żeby odpowiedział Pan sobie szczerze na pytanie, czy jest Pan na odpowiednim miejscu i czy robi Pan to, co chce Pan robić. Bo ja też kiedyś stwierdziłam, że nie odpowiada mi moja praca. Tyle, że ja tę pracę drogi Panie Doktorze, zamiast wyżywać się na innych po prostu zmieniłam…

W dniu Świętego Walentego pragnę życzyć Panu Doktorowi i podobnym Panu „Doktorom”, przez których cierpi dobre imię publicznej służby zdrowia, WIĘCEJ MIŁOŚCI. Tylko nie takiej do samego siebie a do innych. W razie problemów najlepiej skorzystać z usług psychologa. Też taki trochę lekarz. Może wzbudzi w Panu większy szacunek niż ja – takie tam, dziadostwo co to mu się studiować medycyny nie chciało i przylazło w łaskę, po poradę.

Z wyrazami… współczucia,

Ciężarna, która odważyła się pierwszy raz od 4 lat skorzystać z usług publicznej służby zdrowia.

Udostępnij Skomentuj

Za kilka sekund zostaniesz przekierowana kolejny post

No czeeeeeeść! Bardzo się cieszymy, że do nas trafiłaś!

Jeśli jesteś mężczyzną, wybacz, ale jesteś zdominowany przez żeńską część bakusiowej społeczności. Bakusiowo to zdecydowanie blog dla kobiet :)

Co prawda zasłynęliśmy jako blog parentingowy, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzamy, że ramy parentingowe za bardzo nas ograniczają.

Jak więc nas określić? Blog rodzinny – zdecydowanie. Blog lifestylowy – jeszcze lepiej! Ale… to nadal zbyt mało.
Na naszym blogu każdy znajdzie coś dla siebie… piękne fotografie, niebanalne teksty, filmy… pokazujemy nasze wnętrza, podróże, inspirujemy, bawimy, wprawiamy w zadumę.

Podobno uzależniamy… ale pozytywnie! Odwiedzaj więc nas jak najczęściej! Jesteśmy baaaaaardzo gościnni ;) Do zobaczenia! Mati, Malwina i Maciek

PS. Jeśli jesteś u nas pierwszy raz kliknij TUTAJ. Zrobimy Ci szybką wycieczkę po blogu i opowiemy kilka ciekawych historii. Po 5 minutach będziesz się tutaj czuła jak u siebie <3