O tym, jak się dałam zrobić w balona producentom żywności!

30 marca 2017

Nigdy specjalnie nie zagłębiałam się w kwestie żywieniowe. Byłam zdrową, zgrabną córką zdrowej, zgrabnej mamy (tata też do otyłych nie należał, nie licząc rozbudowanego mięśnia piwnego… ale to przyjmowałam za standard wśród wszystkich „tatów”). Na kolację jedliśmy kanapki z białego chleba i sklepowej wędliny, które uwielbialiśmy polewać sobie z bratem pikantnym keczupem. Rosół nie istniał u nas bez kostki rosołowej, pomidorowa bez tłustej śmietany, ciasto bez margaryny, a schaboszczak bez oleju rafinowanego. Ot, standardowa małomiasteczkowa rodzina sprzed 20 lat. Jedliśmy po prostu to co było smaczne, a za przyrosty wagi złorzeczyliśmy od czasu do czasu tłuszczom wszelkiej maści. Moje pierwsze zderzenie z rzeczywistością „spożywczą” miałam jeszcze w podstawówce, kiedy zobaczyłam w telewizji przerażający dokument o tym, jak hodowana jest moja ulubiona panga. Jedyna ryba, którą tolerowałam okazała się właściwie nie być rybą, tylko ruszającym się kawałkiem białego mięsa bez ości. ble… fu…

Kolejne walnięcie obuchem w łeb dostałam w gratisie, do rozpoczętej pracy marzeń, w zespole eksportu i b2b, w firmie spożywczej, która zajmowała się produkowaniem m.in. konserw i syropów owocowych. Z racji tego, że moja praca polegała na dostosowywaniu produktu, pod wymagania klienta (zazwyczaj cenowe … ZA DROGO!) poznałam sposoby na obniżenie kosztu produkcji (niektórych uczyli mnie sami klienci, którzy od lat wysyłali swoje marki własne na zachód, a tam jedzenie jest 100 razy gorsze niż nasze, wierz mi). Dowiedziałam się co to jest MOM (mięso oddzielone mechanicznie), który znajdziesz w parówkach, w konserwach (tutaj ciekawostka – jesteśmy tak przyzwyczajeni do smaku momu w konserwach, że te, zrobione bez niego, podczas testów smakowych wypadały najgorzej!) MOM to często zmielone dzioby, skóra, pióra i mniejsze kości… TO ŚWIŃSTWO! To był gwóźdź do trumny, jeśli chodzi o moją przygodę z mięsem. Nigdy za nim nie przepadałam. Śmierdziało mi… no jakoś tak mam, że mięsa mój organizm nie toleruje. A to, z czym przychodziło mi pracować totalnie obrzydziło mi wszelkie produkty mięsne. Ale to był dopiero początek…

Szok za szokiem

Wiesz kiedy najbardziej się zszokowałam? Kiedy dowiedziałam się czym jest syrop glukozowo-fruktozowy. Nasze syropy, były produkowane zgodnie ze starą recepturą, na cukrze. Cukier, pomimo tego, że z założenia jest czarnym charakterem, w tej historii jest pozytywną postacią. Nie ma gorszego syfu na świecie niż syrop glukozowo-fruktozowy (oj przepraszam, jest, ale o tym za chwilkę). Wiesz dlaczego tego syropu się w ogóle używa? Żeby obniżyć koszt produkcji. Bo syrop glukozowo-fruktozowy jest zawsze tańszy od cukru, a dodatkowo jest cieczą, co znacznie ułatwia wiele procesów produkcyjnych. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? ;) Let’s do it! Nie wiem jak się mają syropy z mojej starej pracy teraz, ale wiem, że jeszcze kilka lat temu nie miały po prostu szans z syropami wiodących w Polsce producentów, bo były po za drogie. A osoba, która w ogóle sięga po syrop smakowy, raczej nie jest świadomym konsumentem, więc nad jego składem pewnie też nie będzie się rozwodziła. Weźmie to, co tańsze.

Chwała Bogu za to, że świadomość odnośnie syropu glukozowo-fruktozowego jednak się na przestrzeni lat podniosła. Bo ten syf jest dodawany do serków i jogurtów dla dzieci (błagam, czytaj skład i nie kupuj tego świństwa dziecku). Jest nie tylko w większości słodkich produktów, ale również w chlebie czy napojach. Po prostu tam, gdzie dodawano chociaż odrobiny cukru, zaczęło się dodawać syrop. Nie zapomnę rozmowy z moją koleżanką – laborantką, która chcąc nie chcąc musiała zgłębić tajniki syropu glukozowo-fruktozowego. Miła, cicha, ułożona dziewczyna nagle wyjechała do mnie z tekstem: „Malwina! Ten syrop to jest ku***ski syf! Mózg nie zna tej trucizny i nie wie co nią zrobić, więc z założenia ją odkłada w postaci tłuszczu.”

Wpadka

Kiedy się o tym dowiedziałam, miałam już blog. Chciałam Ci nawet o tym napisać, ale kiedy poczytałam o tym trochę, okazało się, że jestem chyba ostatnim człowiekiem w internecie, który nie wiedział o tym, że ten syf jest w większości spożywanego przez nas jedzenia. Zostawiłam więc temat w spokoju i od mniej więcej 2 lat studiuję opakowania wszystkich niesprawdzonych produktów, pod kątem tego dziadostwa w składzie. Odrzuciłam parę fajnych propozycji współpracy, w związku z tym, że syrop widniał w składzie produktu i powiedziałam, że za żadne pieniądze nie przyczynię się do wzrostu sprzedaży dziadostwa. I wiesz co? Tak nawiasem mówiąc, kiedy trafiają mi się komentarze w stylu „zareklamujesz wszystko za co dostaniesz hajs” robi mi się przez chwilę przykro. Bo podejrzewam, że gdyby ta komentująca-wszystkowiedząca dostała propozycję zarobienia naprawdę ładnych pieniędzy, za opowieść o tym, że jej dziecko zajada się codziennie tym produktem, zrobiłaby to bez mrugnięcia okiem. No, ale to tylko taka poboczna wstawka :) Pora przejść do konkretów.

Tak więc powoli, w ciągu tych 2 lat moja świadomość tego co jemy powiększała się coraz bardziej. Miałam po drodze wpadkę, bez zastanowienia pokazując na blogu ciasto zrobione na margarynie, ale z tego się rozgrzeszam, bo dopiero po komentarzu jednej z czytelniczek zgłębiłam temat. U mnie w domu, tak jak Ci wspominałam, ciasto robiło się zawsze na margarynie. To była normalka. I to dokładnie na tej, którą pokazałam. Nikt nie miał pojęcia czym jest utwardzony tłuszcz palmowy. W tym roku znów dostałam propozycję sporej akcji z tym produktem, ale po tamtej historii, każda współpraca z producentem jakiejkolwiek żywności to dla mnie długie godziny analizowania składu punkt po punkcie. Czuję się odpowiedzialna za to co pokazuję na blogu i nie mogłabym spojrzeć w lustro, gdybym propagowała tu opychanie się jakimś syfem.

Oszukali mnie! Banda złodziei, polskich decydentów… ;)

No to jak mnie oszukali Ci producenci żywności, skoro taka szczwana bestia się ze mnie zrobiła? Ano w prosty sposób. I jestem wkurzona maksymalnie z tego tytułu. Dowiedziałam się o tym właśnie podczas analizy pewnego produktu, który miałabym Ci na łamach bloga przedstawić. Znasz taki wzmacniacz smaku jak glutaminian sodu? Albo monoglutaminian sodu (MSG)? Pewnie tak, bo obok syropu glukozowo-fruktozowego, to główny gracz we wszelkiej maści produktach przetworzonych. Jego historia jest naprawdę romantyczna, niestety happy endu brak. Pewien japoński uczony wyizolował z glonu morskiego zwanego Listownicą, kwas glutaminowy, który występuje naturalnie w większości białek i jest doskonałym wzmacniaczem smaku. Ale oprócz jego tajnej mocy, jest też łatwo-przyswajalnym, neuroprzekaźnikiem w mózgu. Kwas glutaminowy (nie mylić z glutaminianem sodu) jest zupełnie nieszkodliwy w niewielkich, naturalnie wystepujących ilościach, a nawet potrzebny, do przekazywania impulsów w naszym systemie nerwowym. Niestety, wynaleziono glutaminian sodu działający na tej samej zasadzie (czyli historia poszukiwania tańszego zamiennika wraca jak bumerang), który nadmiernie pobudza neurony, przez co mogą po prostu obumierać. Glutaminian sodu, jest uważany za sprawcę takich chorób jak Alzheimer czy skleroza, a dodatkowo wręcz pobudza komórki nowotworowe do przerzutów i namnażania.

Glutaminian był kolejnym składnikiem, na który nastawiłam swój radar i udało mi się pozbyć go z większości produktów, które jemy na codzień. No… Tak myślałam jeszcze w tamtym tygodniu. W tym tygodniu jestem już bogatsza o wiedzę, która wywołała u mnie mniej więcej taki efekt, jak na zdjęciu nagłówkowym…

Wyobraź sobie, że producenci ukrywają niechlubny glutaminian sodu pod kilkunastoma innymi nazwami! Proszę bardzo: E621, ekstrakt drożdżowy, autolizowane drożdże, hydrolizowane białka roślinne, hydrolizowane białka MSG zawiera także maltodekstryna, żelatyna, słód jęczmienny, serwatka, izolat sojowy – wszystkie z wymienionych dodatków do żywności zawierają glutaminian sodu. Jeśli na etykiecie jakiegoś produktu występują: aromaty, aromaty identyczne z naturalnym, przyprawy, mieszanki przyprawowe – produkt zawiera glutaminian sodu. MSG zawiera także sos sojowy. (za http://smartfood.salon24.pl/174047,o-glutaminianie-sodu-slow-kilka)

Jestem oburzona i wkurzona. Czuję się wydymana i nie powiem może już dobitniej. Niedługo dotrzemy do momentu, w którym do każdego produktu, będziemy podchodzić z listą kilkuset nazw, pod którymi mogą się kryć jakieś gówna, a wybranie keczupu będzie nam zajmowało pół godziny. A wiesz co jest najsmutniejsze w tym wszystkim? Że to my – konsumenci, podążając ślepo za najniższymi cenami, wymuszamy na producentach obniżanie jakości ich produktów. Ja wiem. Nie jest łatwo w dzisiejszych czasach. Ale na Boga! Jedzenie jest naszym paliwem. Skoro potrafimy dbać o samochody, to dlaczego tak olewamy własny silnik?

Jeśli wszyscy zaczniemy świadomie podchodzić do tematu, omijając szerokim łukiem badziewie, może uda nam się wymusić na producentach lepszą jakość. Wiem… odważne te moje marzenia. Ale z dwojga złego wolę płacić trochę więcej za dobry produkt, niż za kilka lat, zbierać na pokrycie kosztów leczenia nowotworu…

I jeszcze tak na koniec chcę, żebyś wiedziała, że ja podchodzę do tematu żywienia naprawdę na luzie. Wszystko jest dla ludzi. Potrafię pojechać na fast fooda jeśli mam wielką ochotę. Zjeść ulubiony słodycz, mając świadomość jego kiepskiego składu. Wierzę w siłę mojego organizmu, który od czasu do czasu poradzi sobie z intruzem typu syrop glukozowo-fruktozowy czy inny glutaminiano-benzoesan ;) Ale OD CZASU DO CZASU, a nie CODZIENNIE! A biorąc pod uwagę to, że po ziemi może chodzić więcej niż jedna taka nieświadoma Malwina jak ja, wolę Cię przestrzec, żebyś uniknęła codziennego dokarmiania raka.

Zrobisz z tą wiedzą co zechcesz. Ja czuję, że swój obowiązek spełniłam.
LOVE, Malwina :*
Udostępnij Skomentuj

Za kilka sekund zostaniesz przekierowana kolejny post

No czeeeeeeść! Bardzo się cieszymy, że do nas trafiłaś!

Jeśli jesteś mężczyzną, wybacz, ale jesteś zdominowany przez żeńską część bakusiowej społeczności. Bakusiowo to zdecydowanie blog dla kobiet :)

Co prawda zasłynęliśmy jako blog parentingowy, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzamy, że ramy parentingowe za bardzo nas ograniczają.

Jak więc nas określić? Blog rodzinny – zdecydowanie. Blog lifestylowy – jeszcze lepiej! Ale… to nadal zbyt mało.
Na naszym blogu każdy znajdzie coś dla siebie… piękne fotografie, niebanalne teksty, filmy… pokazujemy nasze wnętrza, podróże, inspirujemy, bawimy, wprawiamy w zadumę.

Podobno uzależniamy… ale pozytywnie! Odwiedzaj więc nas jak najczęściej! Jesteśmy baaaaaardzo gościnni ;) Do zobaczenia! Mati, Malwina i Maciek

PS. Jeśli jesteś u nas pierwszy raz kliknij TUTAJ. Zrobimy Ci szybką wycieczkę po blogu i opowiemy kilka ciekawych historii. Po 5 minutach będziesz się tutaj czuła jak u siebie <3