5 cech charakterystycznych, po których zawsze rozpoznasz mnie na ulicy!

22 marca 2017

Ostatnio przejeżdżałam przez moje rodzinne Ryki na Lubelszczyźnie. Tęsknym okiem spoglądałam w stronę wielkiego kościoła, który góruje ponad miasteczkiem niczym Pałac Kultury w Warszawie. Przypomniałam sobie czasy, kiedy pieszo mogłam dotrzeć do wszystkich strategicznych miejsc dotleniając przy okazji mózgownicę i ćwicząc mięśnie policzków i języka, bo zazwyczaj nie podróżowałam sama. Szczególnie w dni wolne od szkoły, a dokładniej we czwartki, kiedy to w Rykach jest święto dyszla i wszyscy mieszkańcy tłumnie pędzą niczym pielgrzymi na Jasną Górę na… TARG.

I ja tam w tym tłumie dreptałam żeby dotrzymać towarzystwa mojej mamie. I wiesz co? Już z daleka byłyśmy w stanie rozpoznać pół Ryk. Ileż to ksywek nadawałyśmy ludziom, których imion nie znałyśmy. Była „Włochata”, która zawsze w kubraku włochatym, takim jak mój ze zdjęć chodziła (niezależnie od temperatury). Była „Solara”, która właściwie to miała imię i każdy ją znał w Rykach doskonale, właśnie z tego, że „delikatnie” przesadzała z solarium. Była „Mała Mi”, która zawsze chodziła z taką cebulką na czubku głowy i zmarszczonymi brwiami, była też… aaaaj mogłabym Ci tak wypisywać teraz 12 000 mieszkańców. Każdy miał coś charakterystycznego w sobie. Teraz już nie jest tak fajnie. W Warszawie jest tyle ludu, że cykliczne spotykanie kogoś znajomego z twarzy od razu wydaje się podejrzane. I tak sobie pomyślałam, że zrobię Ci listę moich cech charakterystycznych, żebyś spotykając mnie na ulicy była pewna, że to ja :)

Okulary przeciwsłoneczne

Nie ruszam się bez nich z domu. Przed wyjściem z domu zawsze sprawdzam czy mam portfel i okulary. Ja nie wiem… jakiś wampir jestem chyba, ale ja się nie mogę patrzeć na światło. Łzawią mi oczy po kilku sekundach. A już nie daj Bóg prowadzić samochód ze świecącym światłem po gałach. No kaplica totalna. Już nie raz w dłuższej trasie zapominałam się i prowadziłam w okularach przeciwsłonecznych po zmierzchu. Matko… jak to musi komicznie wyglądać…

Sportowe buty

Jeśli spotkamy się na ulicy, czyli będę pokonywała pewne odległości pieszo, nie ma takiej siły żebyś spotkała mnie w obcasach. No po prostu nie znoszę utrudniania sobie życia chodzeniem na palcach. Kiedyś, obcasów wymagała ode mnie moja praca. Teraz zakładam je tylko wtedy, kiedy poruszam się samochodem z punktu A do punktu B, a dodatkowo mam jakieś spotkanie albo randkę z Maćkiem. Jeśli gdzieś mnie kiedyś spotkasz, to pewnie w centrum handlowym, albo w miejscach spacerowych. Nie patrz na twarz. Patrz od razu na buty. Tylko i wyłącznie sportowe. I to takie, które będą się wyróżniały z tłumu albo kolorem, albo wiejskim tuningiem – czyli brokatem :) No co ja poradzę jak ja uwielbiam jak mi się coś błyszczy!

Niedostosowanie stroju do panującej pogody

No z termometrem i prognozą pogody to jestem od zawsze pokłócona. Nigdy nie wiem ile jest stopni, a nawet jak się dowiem, to i tak nie potrafię dostosować do tego mojego stroju. Tak więc jeśli zobaczysz jakiegoś szaleńca w butach sportowych, bez kurtki w marcu, albo w chuście na szyi w lipcu – tak to prawdopodobnie ja. A jeśli po tygodniu ciągłych deszczów, do których wszyscy są już przyzwyczajeni i noszą w razie czego ze sobą parasolkę, ujrzysz jakąś zmokłą kurę, na 99% to też będę ja. O parasolce myślę tylko wtedy, kiedy podczas mojego wychodzenia z domu leje jak z cebra. Jeśli deszcz „zapowiadają” to dla mnie to jest żadna informacja. Wiem… wiem, to jest chore, ale chyba już nic z tym nie zrobię.

Full makijaż albo totalny #nomakeup

Nie ma u mnie czegoś takiego jak „podmaluję się”. Albo wybiegam z domu jak poparzona, bo jestem w niedoczasie z jednego z miliona powodów dziennie, albo daję sobie prawo do małego „podmalunku”, który jest tragiczny w skutkach bo…jeśli już zaczynam się malować (nawet z zamiarem nałożenia tylko cienkiej warstwy podkładu) zawsze kończy się na tym, że maluję i brwi i oczy i usta i cieniowanie zrobię i… i w ten oto sposób przechodzimy do kolejnego punktu.

Struś pędziwiatr z kucykiem

Właśnie przez te moje „zamiary” kontra rzeczywistość, która nie pozwala mi wyjść z połowicznym makijażem z domu, prawdopodobnie będę miała związane włosy (bo na ułożenie już nie wystarczyło czasu), a dodatkowo będę przypominała strusia pędziwiatra i mknęła ślepo przed siebie z wywieszonym jęzorem. Bo jak już się zacznę malować wtedy, kiedy tego nie planowałam, to zawsze, ale to zawsze robię sobie niedoczas i wiecznie gdzieś się spóźniam. No straszne to jest, wiem, ale ja już chyba zaczynam się z tym po prostu godzić, bo żaden sposób na mnie nie działa :)

Tak więc jeśli zobaczysz na ulicy jakiegoś biegnącego dziwoląga, który pomimo deszczu i 5 stopni na plusie, będzie biegł po zmierzchu w okularach przeciwsłonecznych (przynajmniej mi krople do oczu nie wlatują!) i samej bluzie, a do tego będzie mu się błyszczała jakaś część garderoby, wiedz o tym, że to nie żaden niewidomy rowerzysta bez roweru, a Bakusiowa Malwina we własnej osobie :) I wiecie co? Kiedyś się za te wszystkie przyzwyczajenia i dziwactwa na siebie złościłam. No bo dlaczego nie mogę być taka jak wszyscy. Po czasie jednak, dotarło do mnie, że nie ma czegoś takiego jak „wszyscy”. Bo każdy z nas ma jakieś swoje dziwactwa, przyzwyczajenia, które utrudniają mu życie, albo upodobania, które stają się w pewnym momencie jego cechą charakterystyczną. Czy to nie jest piękne? :*

Do zobaczenia!
Jedyna w swoim rodzaju – Malwina :)

PS. Już niedługo światło dziennie ujrzy kolejna część Bakusiowego Love Story! Zapisz się do naszej tajnej grupy „dziewczyn od listów” klikając w pomarańczowy pipsztyk pod zdjęciami :)

 

Matka Polka Owłosiona:

Kamizelka – TUTAJ
(mojej już nie ma, ale są inne, fajniejsze)

Buty – TUTAJ

Koszula – TUTAJ

Torebka – TUTAJ

Udostępnij Skomentuj

Za kilka sekund zostaniesz przekierowana kolejny post

No czeeeeeeść! Bardzo się cieszymy, że do nas trafiłaś!

Jeśli jesteś mężczyzną, wybacz, ale jesteś zdominowany przez żeńską część bakusiowej społeczności. Bakusiowo to zdecydowanie blog dla kobiet :)

Co prawda zasłynęliśmy jako blog parentingowy, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzamy, że ramy parentingowe za bardzo nas ograniczają.

Jak więc nas określić? Blog rodzinny – zdecydowanie. Blog lifestylowy – jeszcze lepiej! Ale… to nadal zbyt mało.
Na naszym blogu każdy znajdzie coś dla siebie… piękne fotografie, niebanalne teksty, filmy… pokazujemy nasze wnętrza, podróże, inspirujemy, bawimy, wprawiamy w zadumę.

Podobno uzależniamy… ale pozytywnie! Odwiedzaj więc nas jak najczęściej! Jesteśmy baaaaaardzo gościnni ;) Do zobaczenia! Mati, Malwina i Maciek

PS. Jeśli jesteś u nas pierwszy raz kliknij TUTAJ. Zrobimy Ci szybką wycieczkę po blogu i opowiemy kilka ciekawych historii. Po 5 minutach będziesz się tutaj czuła jak u siebie <3