30 rzeczy, z którymi miałam się wyrobić do 30 urodzin…

15 maja 2017

Dla mnie 30 urodziny to magiczna granica. Właściwie to odkąd pamiętam… chciałam mieć 30 lat :) Pisałam Ci już o tym TUTAJ. Wszystkie gwiazdy po 30, wyglądają obłędnie. Dodatkowo widzę jak wielka przemiana zaszła we mnie przez ostatnich 5 lat. Jak niesamowicie się zmieniłam i jak wiele zrozumiałam. I tak czuję, jakbym do tej 30 miała już wszystko zrozumieć, wszystko poukładać… zacząć żyć świadomie. Taką właśnie pełnią życia (ja wiem, że to jest wyświechtane hasło, ale ja naprawdę czuję o co z tą pełnią chodzi!) :)

Uwielbiam planować. Właściwie to planuję wszystko. Taki zadaniowiec ze mnie. Stawiam sobie długoterminowe cele i krok po kroku do nich dążę. Podobno to się nazywa nadkontrola i wcale nie jest dobra, ale nawet jeśli tak, to ja tę nadkontrolę bardzo lubię :) Mam plan na „do trzydziestki”, mam też plan „na starość”. Na szczęście jest w tych moich planach sporo miejsca na spontaniczne decyzje, więc Maciek się ze mną nie nudzi… i nudzić nie będzie :) Ale dzisiaj będzie o tym planie „do 30”, bo właściwie to zostały mi jeszcze tylko 4 miesiące (urodziny mam 10 września), a sporo jeszcze mam do zrobienia. No i już teraz wiem, że części nie uda mi się zrealizować, ale o tym jak się z tym czuję, powiem trochę później. Zacznijmy od tego, co lubię najbardziej czyli wspomnień :)

Chcesz poznać moją magiczną trzydziestkę? :) Będzie trochę marzeń-kobył, będzie też trochę marzeń wewnętrznych, których nie da się zmaterializować. Ciekawe, które nam się pokrywają? :) No dobra, jadę z koksem:

1. Mieszkanie w Warszawie – takie studenckie, singielskie, w którym będzie masa imprez do rana, wieczory z przyjaciółką przy filmie i pierwsze romantyczne uniesienia z przyszłym mężem. No i kurczę udało się! Doczekałam się tego mieszkanka, na warszawskim Bródnie, w którym wynajmowałam drugi pokój mojej towarzyszce imprezowych szaleństw. Później z towarzyszki nocnych podbojów świata zrobiła się para moich przyjaciół, z którymi spędziliśmy najlepsze pół roku tego mieszkania. Było ciasno, niewygodnie i … mega rodzinnie. Były gry w Buzz’a na konsoli, wspólne palenie sziszy z aromatycznymi tytoniami, które przywiozłam z Egiptu i perfumowanymi podróbkami z Polski. Była impreza – niespodzianka z okazji obrony magistra i disco polo od 7 rano, zaraz po powrocie z pracy za barem. Sąsiedzi tak samo imprezowi jak my, właściwie to cały blok balował bez przerwy. I to właśnie zaczęło mi przeszkadzać, kiedy pojawił się Mati. Nocne imprezy zamieniły się na posiadówki przy łóżeczku, ale za to, przy wymarzonym łóżeczku. Ale o tym za chwilę.

2. Malwina – Barmanka – to było moje marzenie serio :) Jeszcze w Rykach zaczęłam pracować w gastronomii i kiedy wyjeżdżałam do Warszawy, marzyłam o tym, że będę kiedyś taką flairującą (podrzucającą butelki) barmanką. No i spełniłam to marzenie. Pożyczyłam od mojej mamy pieniądze na kurs barmański i pracowałam za barem do samej obrony magistra, łącząc pracę nocami razem z pracą w biurze… Co prawda te flair sobie odpuściłam, bo za bardzo ucierpiała na tym moja szklana ława, ale że zmontować dobre mohito W WAZONIE to już chyba wiesz prawda? Nie? To wpadaj szybko TUTAJ! :P

3. Pani manager w dużej firmie z filmów (wieesz, w takiej spódnicy i obcasach jak Sandra Bullock w „Narzeczony mimo woli” – to było moje drugie marzenie zawodowe. Co prawda ta firma to nie był Microsoft czy Coca-Cola, ale korpo-klimatu z filmów zaznałam. Chciałam być taką filmową business-woman w szpilkach i marynarce, z czarną lakierkową torebką. I udało się! A co najlepsze, to dzięki mojej pracy poznałam Maćka :) Z tą różnicą, że ten narzeczony miał trochę większą „wolę” niż ten od Sandry Bullock :) Ale o tym to wiesz gdzie możesz przeczytać prawda? W Bakusiowym Love Story, który piszę tylko dla moich newsletterowiczek (TUTAJ). No, ale jeszcze wróćmy do samej pracy, bo dzięki niej mogłam spełnić moje kolejne marzenie czyli…

4. Podróże :) Mogłam zobaczyć na własne oczy Tajów w Bangkoku, Biały Dom, piramidy w Egipcie i Koloseum. I jeszcze mi za to płacili! Coś pięknego. Kiedy rezygnowałam z pracy etatowej bałam się, że to mój koniec podbijania świata. Okazuje się, że blog przyniósł mi dokładnie te same możliwości, tylko że lepsze, bo z rodziną… mój plan o zwiedzeniu całego świata realizuję więc w taki sposób, o którym nawet nie próbowałam marzyć bo wydawał mi się nierealny :)

5. Własny samochód ze sportową duszą – checked! Najpierw był samochodzik, który był moim prezentem urodzinowym. Peugeot 206… mam sentyment do tej pory :) Sportowy to on miał tylko wygląd, bo pod maską miał 1.4 w gazie i ze dwa kuce pociągowe, ale mój tata wybrał mi taki sporotowo-wiejski tuning, z pierdzącą rurą wydechową, żebym czuła się królem szos… wiejskich szos :) Później była piękna Astra, którą mój chłopak postanowił załatwić dachowaniem po 8 dniach od kupna. Wjechał na skrzyżowanie z drogi podporządkowanej… uderzyły w nas 2 samochody. Policjanci nie wierzyli, że facet mógł zrobić taką głupotę, byli przekonani, że po prostu wziął winę na siebie :) 5 lat temu kupiłam sobie moją ukochaną Megankę w Coupe. Co za duma! Czarrrrrna, z prawdziwą mocą, a nie wyglądem… och ileż to kilometrów nią zrobiłam! Woziliśmy nią małego Matiego, tłukłam się nią dzień w dzień na naszą wioskę, na budowę. Kocham ten samochód. Znasz takie powiedzenie, że „Niemiec płakał jak sprzedawał?”. Wyobraź sobie, że Meganka od roku stoi nieużywana pod naszym domem. Jeździmy rodzinnym samochodem właściwie cały czas razem, więc nie jest nam już potrzebna. Parę tygodni temu, Maciek wystawił ją na sprzedaż. Wyobraź sobie, że jak zadzwonił do niego jakiś potencjalny kupiec, to ja rozryczałam się jak bóbr, a kiedy zaczął się targować, kazałam się Maćkowi rozłączyć bo poczułam, że obraża mój ukochany samochód. Ja chyba serio zrobię jakiś casting na kupca tego auta, bo oddam go tylko w dobre ręce :) Chyba nie ma innej rzeczy, do której miałabym większy sentyment.

No dobra. To było 5 kluczowych, materialnych i około-materialnych marzeń, które chciałam do 30 spełnić. Nie wypisałam domu, bo dom, według moich wstępnych wyliczeń miał być zawarty w planie „do 40” :) Udało mi się jednak zrealizować to marzenie wcześniej. OK, NAM. Ale właściwie to ja wierciłam Maćkowi dziurę w brzuchu o domek. On chciał po prostu większe mieszkanie. Przejdźmy jednak do mniej namacalnych marzeń:

6. Założyć rodzinę – taki był mój plan. Do 30 chciałam się ustatkować. Nigdy nie kręciły mnie przygodne znajomości. Nie interesowali mnie podrywacze z dyskotek, a jako barmanka miałam takich odważnych po kilku głębszych na pęczki, bo „Pani Barmanka” zawsze się uśmiechała, to taki bonzo zza baru od razu stwierdzał, że skoro się uśmiecham to wpadł mi w oko, więc atakował tekstami w stylu „Bardzo bolało, jak spadałaś z nieba?” :) Na dźwięk tych żenujących tekstów miałam ochotę sama się napić, bo tego na trzeźwo nie dało się słuchać :) Domyślasz się więc pewnie, że miałam wielu chłopaków. Właściwie to zanim poznałam Maćka, na dłużej dałam się usidlić czterem facetom. Wszystkich wspominam bardzo miło. Fajne chłopaki. Pozdrawiam Was! Wiem, że to czytacie :) Może jakieś spotkanko po latach? :P Jednak pisany był mi Maciek. To się wie (w moim przypadku nie od początku). To się czuje. Krótka piłka. Poznaliśmy się w lipcu, a w październiku już płakałam ze wzruszenia na paryskim „moście zakochanych”, kiedy mój przyszły mąż zakładał mi pierścionek zaręczynowy (też wymarzony… jak z filmów). Ślub ustaliliśmy na 8 czerwca. Załatwiliśmy wszystko w mig. Sala, fotograf, filmowiec, zespół… a w grudniu, okazało się, że z Paryża, oprócz pierścionka zaręczynowego przywieźliśmy też… Matiego :) Więc w ostatniej chwili, przełożyliśmy ślub na 8 lutego, żebym nie toczyła się po ślubnym kobiercu :) Jak wyglądała historia naszej miłości wiedzą doskonale moje „dziewczyny od listów”, czyli mówiąc mniej enigmatycznie, moje newsletterowiczki. Jeśli chcesz poznać szczegółową historię naszej miłości zapisz się TUTAJ :)

7. Dwójka dzieci do 30… no właśnie. Tu już przechodzimy do punktu, którego nie uda mi się spełnić. Staram się nie smędzić Ci o tym w każdym wpisie. 3 lata starań  i niestety… klops. Za nami już trochę smutnych wydarzeń, o których jeszcze nie jestem gotowa, żeby Ci napisać. Może kiedyś. Ale chyba musiały się wydarzyć, żebym w końcu dała sobie z tymi staraniami spokój. Będzie jak ma być. Teraz mówię Ci to z pełną świadomością. Mam na swojej skrzynce jeszcze kilkadziesiąt maili, które opisują historie dziewczyn, które nie mogły zajść w ciążę. Pierwszą, drugą, kolejną. Odpiszę Wam dziewczyny! Odpisuję na każdą wiadomość. Codziennie odpisuję na kilka wiadomości od czytelniczek. Ale musicie się uzbroić w cierpliwość, bo trochę tego mam :) Ale juz teraz dziękuję za każde słowo otuchy, za każdą radę. Wyciągam z tych maili bardzo dużo informacji, bardzo dużo ciepła i wiesz czego jeszcze? Nadziei. Mam nadzieję, że doczekamy się drugiego dziecka, ale podchodzę do tego tematu teraz z wielką pokorą i cieszę się po stokroć bardziej z tego, że mamy Matiego. Nie można mieć wszystkiego… a ja mam naprawdę wiele. I dziękuję za to każdego dnia.

I właściwie to tylko dwójka dzieci do 30, to marzenie, z którego niespełnieniem muszę się pogodzić. Jak się z tym czuję? No smutno mi kiedy o tym pomyślę, nie będę ściemniać. Ale wierzę w to, że TAK MIAŁO BYĆ. Widocznie „Ten z góry” ma na mnie inny plan :) Są jeszcze 3 marzenia, które są nadal przede mną. Których spełnienie to cały proces. Nad nimi wszystkimi pracuję i mam zamiar 10 września 2017, z pełnym przekonaniem oznaczyć je jako załatwione.

8. Osiągnąć moją idealną figurę. Wiedziałam, że ciąża może mnie trochę utuczyć, ale przyznam Ci się, że nie spodziewałam się, że aż tak!!! Niestety, jakoś nie po drodze mi do mojej idealnej sylwetki. Co prawda przed ciążą już mogłam ten punkt odhaczyć… niestety… blisko 30 kg w ciąży na plus zakończone cesarką, krótką laktacją… do tego siedząca praca i to jeszcze z domu. Zerowa wiedza dotycząca żywienia, słabość do słodyczy… to wszystko byłam w stanie jakoś jeszcze zwyciężyć, kiedy rok temu zabrałam się ostro za siłownię. Było już naprawdę spoko. Super właściwie było! I wtedy przyszły wyniki badań hormonalnych. I zaczęło się opychanie tabletkami i zastrzykami z każdej strony. Spuchłam tak, że w styczniu tego roku, wyglądałam tak, jak za czasów ciążowych. Tylko ciąży brak :/ W pewnym momencie powiedziałam sobie „dość”. Odstawiłam wszystkie tabletki, wrzuciłam na luz. W ciągu miesiąca spadło mi kilka kilogramów „ot tak”. Te hormony to straszliwe świństwo. Tak więc postanowiłam się skupić na chudnięciu. Właściwie to tak było z Matim. Mieliśmy zaplanowaną datę ślubu, chciałam zmieścić się w jakąś super skinny suknię ślubną, więc dawaj na siłownię. No i tak na mnie ta siłownia zadziałała, że po 2 miesiącach już patrzyłam na dwie kreski na teście :) Miesiąc temu zaczęłam ćwiczyć z trenerem z FitAdept. Obiecał mi, że osiągniemy mój plan w 3 miesiące. Zajrzyj sobie do nich na stronę TUTAJ. To działa tak, że wykupujesz sobie pakiet w FitAdept. Np. 3-miesięczny pakiet „metamorfoza”. W cenie pakietu masz dietetyka z prawdziwego zdarzenia i indywidualną dietę, do której musisz najpierw zrobić konkretne badania. Nie jakaś dieta cud, tylko dieta dobrana idealnie pod Twój organizm. No i ćwiczysz sobie ze swoim trenerem na siłowniach, które z FitAdept współpracują (właściwie każda większa sieciówka). Działają w całej Polsce. Serio sobie to oblookaj, bo wygląda bardzo fajnie. Z mojego ćwiczenia trochę wyszła kicha w pierwszym miesiącu, bo najpierw wyjechaliśmy do Emiratów, później się rozchorowałam, a jeszcze później wylądowaliśmy z Matim na tydzień w szpitalu, ale o tym opowiem Ci już w oddzielnym wpisie. No… także zaczynam od zera :) Ale do września chcę być szprycha, tak jak byłam przed ciążą (no właśnie… docenia się dopiero to, co się straciło… w moim przypadku to figura) :)

9. Nauczyć się robić profesjonalny makijaż. O tym pisałam Ci szerzej TUTAJ. Już naprawdę dużo umiem. Jest naprawdę spoko. Dużo dają Instagramowe tutoriale i filmy na YT. Ooooj dużo! No i książka Red Lipstick Monster. Naprawdę polecam. Ale przede mną jeszcze kurs u jakiejś profesjonalistki na bank. Tylko u jakiej? Dziewczyny na IG już mi sporo podpowiedziały, ale jeśli Ty masz jakieś super typy to koniecznie dawaj znać w komentarzu! Muszę się wyrobić w 4 miesiącach, żeby swoje 30 urodziny świętować w najkrótszej mini ewer, z najlepiej pomalowanym okiem ewer ewer ewer :)

10. Nauczyć się… odpoczywać. Tak. Jeśli jesteś tu ze mną od dawna i regularnie czytasz moje teksty, na pewno już wyłapałaś, że z tym odpoczywaniem u mnie było zawsze na bakier. Taki człowiek czynu ze mnie, ale już właściwie przesadzony. Od zawsze planowałam i realizowałam kolejne cele. Na szczęście nie za wszelką cenę i sporo planów umierało śmiercią naturalną, a inne po prostu sobie odpuszczałam, ale zawsze musiałam mieć jakiś CEL. Wieczorem zamiast relaksować się nad książką, planowałam i o ile ten wieczorny rytuał jest bardzo spoko, to już ten poranny nie. Rano, zamiast zjeść w spokoju śniadanie, biegłam już coś robić. Bo miałam zakodowane, że dopiero wtedy, kiedy robię, zyskuję jakąś wartość. Na szczęście na mojej drodze spotkałam kilka wartościowych i mądrych osób (w tym mojego męża), które pokazały mi, że można żyć inaczej. Do tego kilka mądrych książek i… nowa Malwina stąpa po świecie już jakieś 2 świadome lata. Zmieniła mnie przeprowadzka do naszego domu. Własny biznes i rezygnacja z pracy. Zmieniły mnie zawody na osobach, którym ufałam i stawałam na głowie żeby im pomóc, otrzymując od nich w podzięce… obrobiony tyłek. Zmieniło mnie macierzyństwo. Zmieniło mnie kilka sytuacji w życiu, które wymusiły na mnie zatrzymanie się i przewartościowanie pewnych kwestii. Mądra ta „Malwina 30”. Zdecydowanie mądrzejsza niż ta sprzed 10 lat, która powyższy plan „do 30” szczegółowo układała…

O MATKO!!! Rozpisałam się tak, jak dla moich newsletterowiczek! Serio. Wpisy dla nich są takie właśnie przysadziste. Ale my się lubimy… one mnie lubią, nawet jeśli trochę przynudzam. Prawda dziewczyny? :) No dobra, ale co by nie było to kończę. Bo zaraz opowiem Ci o sobie wszystko i już nie będziesz miała po co tutaj wracać :) No… to pozostałe 20 punktów niech pozostanie na razie tajemnicą :)

Twoja Malwina (jeszcze 29-letnia Malwina) :)

 

 

Udostępnij Skomentuj

Za kilka sekund zostaniesz przekierowana kolejny post

No czeeeeeeść! Bardzo się cieszymy, że do nas trafiłaś!

Jeśli jesteś mężczyzną, wybacz, ale jesteś zdominowany przez żeńską część bakusiowej społeczności. Bakusiowo to zdecydowanie blog dla kobiet :)

Co prawda zasłynęliśmy jako blog parentingowy, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdzamy, że ramy parentingowe za bardzo nas ograniczają.

Jak więc nas określić? Blog rodzinny – zdecydowanie. Blog lifestylowy – jeszcze lepiej! Ale… to nadal zbyt mało.
Na naszym blogu każdy znajdzie coś dla siebie… piękne fotografie, niebanalne teksty, filmy… pokazujemy nasze wnętrza, podróże, inspirujemy, bawimy, wprawiamy w zadumę.

Podobno uzależniamy… ale pozytywnie! Odwiedzaj więc nas jak najczęściej! Jesteśmy baaaaaardzo gościnni ;) Do zobaczenia! Mati, Malwina i Maciek

PS. Jeśli jesteś u nas pierwszy raz kliknij TUTAJ. Zrobimy Ci szybką wycieczkę po blogu i opowiemy kilka ciekawych historii. Po 5 minutach będziesz się tutaj czuła jak u siebie <3